Wszystkie zdjęcia z podróży dostępne są w galerii.
Pierwszego dnia było całkiem nieźle. Spaliśmy za panelem wyciszającym przy Autostradzie. Baliśmy się trochę tego. W końcu to pierwsza noc. Rano pewien pan zdziwił się nieco, kiedy zapytaliśmy się w jakim mieście jesteśmy. Okazało się, że w Katowicach. Jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy pod Berlin, gdzie na stacji benzynowej spędziliśmy drugą noc.
“Na tera? Ne da rady” – kierowca ciężarówki
Po obudzeniu się odkryliśmy, że rozbiliśmy namiot obok terenowej jednostki policji. Nie nachodzili nas w nocy, więc chyba nie robiliśmy niczego niezgodnego z prawem. Spod Hannoveru zabrał nas Janusz. Jedna z najciekawszych osobowości tej podróży. Dużo rozmawialiśmy, a na pożegnanie dostaliśmy od Niego dużą, lśniącą i pięknie pachnącą Warkę. Następnym etapem była wizyta u Agi i Bartka w Roosendal. Przenocowali nas, nakarmili, umyli i odprawili i zapasem wszystkiego co było nam potrzebne. Po zwiedzeniu miasteczka i wysłaniu pocztówek, rozstaliśmy się z naszym polsko-holenderskim czerwonym krzyżem i pomknęliśmy dalej w stronę słonecznej Portugalii. Na belgijskim parkingu próbowaliśmy się dogadać z jakimś Hiszpanem po angielsku. Po chwili prób zapytał się “Polonia? No to mówcie normalnie.”. Spaliśmy na przyczepie ciężarówki, która była chłodnią. Na szczęście nieczynną. Droga przez Belgię okazała się drogą przez mękę. Stanie po kilka godzin, bez żadnych efektów wcale nie było zabawne. W dodatku okazało się, że straciliśmy pierwszą kliszę ze zdjęciami. W Luksemburgu rozbiliśmy się na placu zabaw, co nie należało do najmądrzejszych decyzji. Histeryczne piski dzieciaków i podejrzliwe spojrzenia ich rodziców nie są najprzyjemniejszym budzikiem. Rozumiejąc aluzję, zwinęliśmy namiot.
“There is a fucking tent” – Francuz sikający za stacją
W Lionie poznaliśmy dwie (o dziwo) wyględne Niemki, także autostopowiczki, które niestety nie spędziły z nami nocy, bo jak to w kobiecym zwyczaju bywa, poleciały na samochód. W nocy Skiba nieświadomie stał się częścią mrowiska. Jego mieszkańcy przywitali go z typową dla siebie gościnnością. Swoich nowych przyjaciół odnajdywał w plecaku jeszcze w Hiszpanii. Z pewnym miłym francuskim małżeństwem Delmerów zobaczyliśmy Lazurowe Wybrzeże. Postawili nam piwo, zrobili sobie z nami zdjęcie i dużo rozmawiali o wszystkim.
“Bordo?! Tumoroł morning!” – pijany kierowca ciężarówki”
Do Hiszpanii dojechaliśmy z Baskiem, który był nieco oburzony kiedy nazwaliśmy go Hiszpanem. Na szczęście nie chciał nam uciąć głowy. Na przyszłość postaramy się zgłębić zawiłości etniczne krajów, które zwiedzamy, zanim kogoś obrazimy. Zbliżamy się do punktu krytycznego: MIRANDA DE EBRO. Nieopatrznie zeszliśmy z autostrady do małego przemysłowego miasta duchów. Zbliżający się zmierzch i niemożność wydostania się stamtąd zmusiły nas do spania pod gołym niebem na kłującym w plecy rżysku. Noc okazała się wybitnie zimna, a jakby tego było mało, leżeliśmy między drogą krajową a torami kolejowymi. Hiszpański odpowiednik PKP zadbał o cogodzinne pobudki. Nazajutrz zaznaliśmy hiszpańskiej gościnności. Jeden z niemówiących po angielsku południowców zjechał nagle z autostrady, wjechał w niewielkie osiedle i tu zaczęliśmy się bać. Jego intencje na szczęście okazały się odmienne od naszych obaw. Nie chciał nas wcale zabić i zakopać w ogródku, zamiast czego zaprosił nas na rodzinny obiad do swojego domu. Okazało się, że ma dwie hiszpańskiej krwi córki, które natychmiast spodobały się Skibie, jednak uniwersalne esperanto miłości nie przełamało bariery językowej. Czuliśmy się trochę jak na planie brazylijskiej telenoweli siedząc i obserwując rodzinne relacje. Pewnie się z nas zbijali. Na pożegnanie dali nam wyprawkę, którą natychmiast skonsumowaliśmy. Do Portugalii dojechaliśmy z czwórką Czechów jadących na dwa samochody. Na granicy Karol został dokładnie przeszukany, podczas gdy Skiba przejechał bez najmniejszych
problemów. Na szczęście w Holandii nie odwiedziliśmy coffee shopu. Wielogodzinne próby złapania czegokolwiek, skończyły się w barze na podreperowywaniu morale. Po trzech piwach, nieco chwiejnie lecz z entuzjazmem, wróciliśmy do pracy. Wziął nas jakiś Grek. Dzięki jego umiejętnościom nawigacyjnym zgubiliśmy się i musieliśmy obrać okrężną drogę. Wyglądający jak mafiozo, brazylijski kierowca ciężarówki postawił nam obiad w jednej z portugalskich spelun, gdzie wszyscy zdawali się go znać. Dotarliśmy. Zatrzymaliśmy się w Cascais, gdzie poznaliśmy trójkę przesympatycznych Szwedów i Mołdawianina. Julia, Viktor i Magnus, a imienia Mołdawianina niestety nie zapamiętaliśmy. Rozbiliśmy się na plaży, rozpaliliśmy ognisko, wypiliśmy piwo z naszymi nowymi znajomymi, zaśpiewaliśmy Mołdawianinowi sto lat z okazji jego urodzin, zjedliśmy tort, który przyniósł, uciekliśmy na skały, bo podtapiało nam namiot i poszliśmy spać. W nocy obudziła nas jakaś trójka osób, pytając się czy nie mamy zioła. Następnego dnia wyrównywaliśmy opaleniznę. Niestety 40° w cieniu, nie służy Polakom. Tym bardziej Szwedom. Wieczorem popijaliśmy sobie spokojnie piwko leżąc na dziesięciometrowym klifie, co skończyło się nieplanowaną imprezą ze Szwedami.
“Have you seen inception?” – Viktor
“Danny DeVito, as a Samuel L. Jackson in Sharks on a plane”- faza na klifie
Na do widzenia wymieniliśmy się mailami i usnęliśmy. Wraz z jutrzenką rozpoczęła się nasza droga na Cabo da Roca. Stamtąd wzięli nas Francuzi, którzy poczęstowali nas pewnym duńskim specjałem. Kolejnym naszym dobroczyńcą, był zbzikowany hipis z ręcznikiem na biodrach i koszulką na głowie. Miał strasznie śmieszny akcent, co z jego irracjonalnymi opowieściami (30-sto letni student) i faktem, że jeździł od barierki do barierki, dawało dość ciekawy efekt. Był miłośnikiem teorii spiskowych i
polskiej wódki. Następnego dnia zabraliśmy się z parą zagorzałych katolików (wszędzie w samochodzie krzyże itd.). Bardzo mili ludzie. Dali nam 40 Euro. Spożytkowaliśmy je godnie (patrz zdjęcie poniżej). Hiszpanie są niewyżyci. W drodze powrotnej natrafiliśmy na kolejne kontrole rodem z Kolumbijskiej granicy. W przypływie desperacji postanowiliśmy się rozdzielić. Skiba dotarł do Polski z miłym panem, kierowcą ciężarówki, którego imienia nigdy nie poznał, mimo czego pozostanie na zawsze w jego pamięci. Jego stoicki spokój zburzony został tylko na chwilę, gdy Skiba zgubił mu klapka (laczka), dwudziestoletniego towarzysza podróży. Aby rozładować emocje, postanowił posprzątać całą kabinę. Kierowca, nie Skiba.
“Ja lubię wszystko, ale syfu to nie zniosę”. – Kierowca
Karol natomiast niemal do samej granicy polsko – niemieckiej dotarł z przemiłym Panem Arkiem, z Kalisza, którego pragnie serdecznie pozdrowić i powiedzieć Mu, że do domu dotarł jeszcze tego samego dnia. Skiba zatrzymał się na noc u swojej cioci w Sosnowcu, którą bardzo pozdrawia. Następnego dnia wrócił do Ostrowca ze swoją mamą autokarem. Na tym można by właściwie skończyć całą opowieść. Można by z jednym małym zastrzeżeniem: To be continued…
Pamiętaj, aby obejrzeć galerię!








No wreszcie coś napisali
Chociaż słuchałem tego wcześniej z 10 razy
Przez: Szustek w 27 Wrzesień 2010
o 17:28
Noo, rychło w czas xD choc lepiej było słuchać na żywo;) Naprawdę słiut focie, chłopaczki, pozdrawiam;)
Przez: stefka w 27 Wrzesień 2010
o 21:47
no to widzisz Szustek, Ty słyszałeś to 10 razy, a ja ani razu ;P widocznie zamiast mi powtarzali ciągle Tobie xD
Przez: Pitu w 27 Wrzesień 2010
o 22:11
ale i tak pełne gratulacje i szacunek dla chłopaków;)
Przez: Pitu w 27 Wrzesień 2010
o 22:11